Zbigniew Piłkowski   

Mój Ojciec


   Miałem 6 lat, gdy Go straciłem. W czasie Powstania Warszawskiego 1944 zginęła także moja matka, większość rodziny i cała materialna struktura domu, która niesie pamięć: dokumenty, albumy, dyplomy, obrazy, książki…
W tej sytuacji osoba Ojca funkcjonuje w mym życiu wirtualnie: pamięciowymi obrazami z dzieciństwa, które było u Jego boku beztrosko szczęśliwe.  O tym, że realnie istniał świadczy kilka fotografii, które cudem ocalały z hekatomby wojny.  Cóż zatem mogę o Nim powiedzieć?


     Antoni PIŁKOWSKI, urodził się w Kluszewie 14 stycznia 1894 roku[1]. Z opowiadań rodzinnych wiem się, że w młodości był żywo zainteresowany działalnością niepodległościową, zwłaszcza związkami strzeleckimi. Stąd nieprzypadkowo znalazł się w szeregach Polskiej Organizacji Wojskowej, tworzącej się także w zaborze rosyjskim. Był wielkim patriotą i gorącym zwolennikiem Marszałka Józefa Piłsudskiego. Po odzyskaniu niepodległości wstąpił zatem, po przeszkoleniu, do służby w Policji (1918), by zabezpieczać ład państwowy w rodzinnych stronach, systematycznie naruszany przez lokalnych - i nie tylko – prowokatorów (były to przygraniczne tereny sąsiadujące z agresywnymi Prusami Wschodnimi). Początkowo miejscem jego służby był Ciechanów i jego okolice. Będąc w Ciechanowie  często bywał w rodzinie Nawrockich, gdzie poznał dwie panny na wydaniu: młodszą Monikę i starszą Klarę. Ta została jego żoną.
Po objęciu samodzielnego posterunku w Krzynowłodze Małej ojciec stał się   celem różnych, mniej lub bardziej wrogich, działań. Którejś nocy spalono nam dom. To wydarzenie przez wiele lat było obecne w rodzinnych rozmowach i trudno było go nie zapamiętać. Schronienia użyczyli sąsiedzi. Po meble do nowego mieszkania jechaliśmy do Przasnysza nocą. Siedziałem z ojcem w kabinie samochodu ciężarowego i byłem mu bardzo wdzięczny za to, że uległ mej prośbie i zabrał na tę nocną eskapadę.
Mimo licznych zagrożeń Ojciec nie zrezygnował z pełnienia służby, którą pojmował jako obywatelski obowiązek. Wielokrotnie wzywany do interwencji dość odległych, był w domu gościem (w rozmowach rodziców często były wymieniane nazwy miejscowości Chorzele i Działdowo).
W okresach osamotnienia matka przelewała swą tęsknotę na mnie. Jako miłośniczka poezji romantycznej recytowała mickiewiczowskie ballady, zwłaszcza tę o powrocie taty i zbójcach na drodze. Znałem ją na pamięć i często deklamowałem samodzielnie, otrzymując w nagrodę jakieś drobiazgi. W ten sposób w długie wieczory poznałem również Świteziankę i obszerne fragmenty z Pana Tadeusza, tak więc podczas spacerów chodziliśmy wśród … "pól  pozłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem".
Ojciec prenumerował wydawnictwa wojskowo-patriotyczne, wieczorami czytał Kurier Warszawski,  a mnie - dziecięcy Płomyczek. Do dzisiaj pamiętam radość, jaką sprawiała mi wizyta listonosza, plik przyniesionych przez niego gazet i unosząca się z nich cudowna woń świeżej farby drukarskiej.

Kiedy wracał do domu bardzo zmęczony, prosił żartobliwie, bym pomógł mu ściągnąć ze zmęczonych nóg buty z długimi cholewami. Robiłem to ochoczo, wyręczając drewniany przyrząd zwany pieskiem. Bardzo lubiłem wieczory, kiedy siedząc przy stole, na Jego kolanach, bawiłem się nabojami.  Ojciec wyjmował je z kartonowych pudełek, wsuwał w metalowe łódki i wypełniał nimi skórzane ładownice. Przed tym jednak pozwalał mi ustawiać je na dużym stole w żołnierskie kompanie i staczać zwycięskie bitwy. Stół był oświetlony wiszącą na zdobnych łańcuchach lampą gazową  (wielką nowością w tamtym czasie i miejscu). Przy tym stole zbierała się miejscowa elita (lekarz, naczelnik poczty, ksiądz proboszcz i inni), by przy herbacie i kartach toczyć rozmowy o coraz bardziej napiętej sytuacji w kraju.

W początkach roku 1939 Ojciec został przeniesiony do Przasnysza. Mieszkaliśmy w małej uliczce wychodzącej z naroża rynku, na przeciw murowanego budynku, w którym mieściła się szkoła. Rynek w Przasnyszu był miejscem naszych codziennych spacerów, którym towarzyszyły wizyty w sklepach. Zwłaszcza miłe były dla mnie odwiedziny ciastkarni z lodami. Nie pamiętam, by w tych spacerach brał udział Ojciec.
Tymczasem szybko zbliżała się wojna i w obawie o nasz los ojciec wysłał mamę i mnie do Warszawy do babci Nawrockiej (dziadek już nie żył). Nie wiem kiedy i w jakich okolicznościach Nawroccy przenieśli się z rodzinnego Ciechanowa do stolicy. Mieszkali na Powiślu pod adresem ul. Browarna 6 m. 14, w narożnym domu przy ul. Radnej. Mieli, połączony z mieszkaniem, mały sklepik z tzw. towarami kolonialnymi od strony Radnej. Były w nim różne smakowitości, a wśród nich - sporo wyrobów wedlowskich. Mama przez pewien czas pracowała u Wedla w fabryce czekolady i stąd rodzinny sentyment do wyrobów tej wytwórni.
Wiszące w domu na Browarnej portrety dziadka - w sztywnym kołnierzyku, z sumiastymi wąsami - i babci - w sukni szczelnie zapiętej pod szyją - na zawsze pozostały w mej pamięci.
W domu na Browarnej 6 były liczne foto-albumy dokumentujące wydarzenia rodzinne. Rolę kronikarską pełnił także duży i gruby modlitewnik, w którym dziadek na  niezadrukowanych końcowych stronach starannie zapisywał rodzinne chrzty, śluby i zgony oraz wypadki bardziej ogólne, opatrzone dokładną datą i miejscem.
W pierwszych dniach września 1939 roku Ojciec, skierowany rozkazem na wschodni odcinek frontu, wpadł na Browarną. Na ulicy czekał na niego wojskowy samochód, więc pożegnanie było krótkie. Mnie nie kazał budzić, tylko ucałował. Odjeżdżał ze złamanym sercem, zostawiał bowiem na pastwę losu kilkuletniego syna i żonę w odmiennym stanie.

Mama po odejściu ojca zdecydowała przenieść się do siostry Moniki na Mariensztat w pobliże Zamku Królewskiego. Być może sądziła, że Zamek nie będzie celem niemieckich ataków. Jakże się myliła!  Z Mariensztatu uciekaliśmy nocą, w blasku i żarze płonącego Zamku.
W zimowe  miesiące 1939/1940 było bardzo ciężko, smutno i głodno. Jedynym pożywieniem były twarde wojskowe suchary i gorąca woda do ich rozmiękczania.
Stale czekaliśmy na jakąś wiadomość od ojca. W styczniu lub lutym 1940 roku dotarł do nas krótki tekst napisany jego ręką na skrawku rosyjskiej gazety:

"Jestem w niewoli w Rosji. Całuję Was -Tolek".

Wiadomość przyniósł uciekinier z sowieckiej niewoli, prawdopodobnie współwięzień i kolega Ojca, który brudny, zarośnięty, w łachmanach, dobrnął do okupowanej Warszawy. Niestety, nie zastał nas w domu, więc kartkę zostawił sąsiadom. Bardzo się spieszył, grunt palił mu się pod nogami. Czytając słowa taty, mama płakała i ubolewała, że nie mogła dowiedzieć się czegoś więcej od przybysza a także ugościć tego człowieka, który z narażeniem życia, kryjąc się w lasach nadłożył - jak oznajmił sąsiadom - kawał drogi, by doręczyć wiadomość  rodzinie kolegi.
Ten pełen poświęcenia czyn jest charakterystyczny dla tamtej rzeczywistości. Dla ojca i jego kolegów bycie w polskim mundurze było traktowane bardzo poważnie, obligowało do określonego etosu, z którego nie zwalniały  jenieckie łachmany. Polscy jeńcy wojenni, wojskowi i policjanci, w sowieckiej niewoli byli wciąż mentalnie i moralnie umundurowani. Sowieci zdawali sobie z tego sprawę, wiedzieli, że takich ludzi nie można przeformować na ludzi radzieckich i wykorzystać w niewolniczym systemie. Nawet bezbronni byli groźni dla ZSRR.  Trzeba było ich po prostu zabić.
Kremlowska władza tę zbrodniczą robotę rozpoczęła w kwietniu 1940 roku[2]. Obóz w Ostaszkowie, w którym osadzono ojca, likwidowano ponad miesiąc, wywożąc jeńców więziennymi wagonami według tzw. list transportowych sporządzanych w Moskwie.
Ojciec znalazł się na liście noszącej datę 13 kwietnia 1940 roku. Na 36. pozycji  tej listy figuruje  jego nazwisko, imię, rok urodzenia, imię jego ojca oraz numer obozowy "4630".
Jego ostatnia droga wiodła z Ostaszkowa do piwnicznych cel budynku Obwodowego Zarządu NKWD w Kalininie przy ul. Sowieckiej 2. Tu działał zespół katów z  W. Błochinem na czele[3]. Ojciec został zabity zgodnie z sowieckim rytuałem: strzałem z pistoletu w tył głowy. Zwłoki zakopano nocą w lesie koło Miednoje.

Ojciec był najstarszym z pięciorga rodzeństwa. Miał dwóch braci (jednego we Francji) i  dwie siostry, mieszkające w Warszawie. Jego ukochana żona Klara zginęła w czasie Powstania Warszawskiego w 1944 roku, tak więc  dwaj synowie Zbigniew (lat 11) i Jerzy (lat5) zostali całkowicie osieroceni.

Jerzy, po latach spędzonych w sierocińcach, został pracownikiem Zakładów Mechanicznych  URSUS, później montażystą-elektronikiem w Zakładach Radiowych im. Kasprzaka w Warszawie, na koniec - pracownikiem Instytutu Biocybernetyki PAN, gdzie konstruował przyrządy hallotronowe dla celów medycznych. Był odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Zmarł w 2008 roku.
Moja droga była podobna. Kolejne sierocińce zaliczałem najpierw z bratem, później sam, by na koniec trafić do Państwowego Dom Młodzieży w Bratoszewie k. Gostynina. PDM był "niebem" w porównaniu z piekielnymi spelunkami, jakimi były wcześniej poznane domy dziecka. W Bratoszewie dojrzewałem. Uczyłem się w liceum, a praktyczną stronę życia poznawałem w bratoszewskim przydomowym gospodarstwie (w stolarni, stajni, króliczarni, w sadzie, na stawach rybnych). Gospodarstwo przynosiło zysk, nie było zatem biedy, lecz po prostu: dobrze, spokojnie i bratersko.
 Po maturze i ukończeniu 18 lat, stało się konieczne odejście z Bratoszewa. Otrzymałem standardową  walizkę z wyprawką i trochę grosza do kieszeni. Myślałem o tym, by studiować, dostać jakieś stypendium  i zamieszkać w akademiku. Taki był mój mini-plan na najbliższe 4-5 lat.
Niestety, nie zostałem przyjęty na studia w gdańskiej Politechnice. Pozytywne wyniki egzaminów wstępnych okazały się niewystarczające. Młodzieżowy aktywista z Komisji Kwalifikacyjnej oświadczył mi, że dostałem negatywną, dyskwalifikującą opinię, na którą zasłużyłem, jako syn granatowego policjanta, kontynuujący wrogie tradycje w Szarych Szeregach.
Z taką opinią - po wielu tarapatach - dostałem się szczęśliwie[4] na wydział metalurgiczny Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Częstochowie (obecnie Politechnika Częstochowska), z którą związałem się na wiele lat, najpierw jako student, potem - nauczyciel akademicki. Propozycję wstąpienia do partii odrzuciłem, wiedząc jaki los zgotował ojcu komunizm. Dopiero po przemianach politycznych 1989 roku przestałem być obywatelem drugiej kategorii.
Jestem profesorem, specjalistą w zakresie specjalnych technik odlewniczych. Także - rzeźbiarzem i medalierem. Dzięki temu w czasie odbudowy Zamku Królewskiego w Warszawie mogłem przyczynić się  do tego dzieła, odtwarzając szereg zaginionych dzieł sztuki odlewniczej, zdobiących jego wnętrza.  Za prace te zostałem odznaczony Krzyżem Kawalerskim OOP.
W 2004 roku odszedłem na emeryturę.


Post scriptum

Przez lata żyłem nadzieją, że Ojciec żyje,  jest więziony "gdzieś w Rosji". Pierwszy raz o zbrodni katyńskiej dowiedziałem z wychodzącego w Warszawie podczas okupacji Nowego Kuriera Warszawskiego, ale nie dopuszczałem myśli o takim tragicznym finale.  Później w przestrzeni publicznej pojawiło się Miednoje. Też nie chciałem wierzyć. Złudzenia rozwiała dopiero informacja otrzymana z Centralnego Archiwum MSWiA. Od tej pory Miednoje wdarło się w me życie, trwa w nim i przypomina o sobie. Kilka przykładów:

  • rok 1983 - odsłonięcie dużego reliefu w kaplicy z obrazem Najświętszej Marii Panny na Jasnej Górze zwanego "Tablicą 600-lecia".  Jestem autorem tego reliefu umieszczonego w nawie przed Kaplicą Jasnogórską z cudownym obrazem Najświętszej Marii Panny. Byłem zaskoczony gdy w tejże nawie - w ewidentnej symetrii przestrzennej - pojawiła się tablica GLORIA VICTIS, poświęcona pamięci polskich policjantów zamordowanych w Miednoje.
  • rok 2000 -  Zostałem zaproszony na konsultacje do krakowskiego przedsiębiorstwa Metalodlew. Chodziło o rozwiązanie trudności związanych z odlewaniem  wielkogabarytowych odlewów żeliwnych. Na miejscu okazało się, że są to elementy przeznaczone dla zbiorowego epitafium w Miednoje. Dowiedziałem się również, że wcześniej odlano tu około 16 000 imiennych tabliczek ofiar sowieckich obozów jenieckich. Poprosiłem o przeszukanie elektronicznej bazy nazwisk. Dało ono pozytywny wynik. Tabliczkę z nazwiskiem Ojca odlano miesiąc wcześniej, opuściła Metalodlew i pojechała do Miednoje. Żal. Gdybym wcześniej wiedział... 
  • rok 2005. Byłem przewodniczącym jury ogólnopolskiego konkursu na pomnik Papieża Jana Pawła II w Częstochowie. W pracach gremium konkursowego uczestniczył m.in. artysta - rzeźbiarz Zdzisław Pidek, profesor gdańskiej ASP.  Okazało się, że jest on współautorem projektu Polskiego Cmentarza Wojennego w Miednoje. Na moją prośbę przysłał mi pocztą  szkice projektu. Szczegóły miał mi przekazać na następnym spotkaniu jury w Częstochowie. Niestety: zmarł niespodzianie, do spotkania nie doszło! Pech.
Pod koniec 2016 roku z Komendy Policji Państwowej w Przasnyszu na mój adres mailowy przyszło niespodziewane  zapytanie o Ojca. Mocniej zabiło serce: po tylu latach Ktoś pytał o niego, o jego wojenny los, o  to przeklęte Miednoje!

Dać odpowiedź to przerwać milczenie. To zakłócić ciszę otulającą Jego pamięć. Zwlekałem zatem z odpowiedzią, chociaż czułem, że napisanie o Nim, o czasie, gdy byliśmy razem, jest mą powinnością.  Lecz jak napisać o Nim coś istotnego?
Z trudem powstał ten tekst, który - mimo wielu kolejnych poprawek – nie jest zadawalający. Stwierdzam, że pisząc o Nim, piszę właściwie o sobie. Wiem, że mimo najlepszych chęci nie jestem w stanie zrelacjonować pełnej prawdy o życiu i śmierci prawego i bardzo nieszczęśliwego Człowieka, który był moim Ojcem. 

Zbigniew Piłkowski






[1] Piegłowo i Kluszewo to rodzinne strony mego Ojca. W Kluszewie urodził się i zmarł mój dziadek Franciszek (1869 - 1903), natomiast pradziadek Antoni (1822 - 1827) pochodził z Piegłowa.
[2] Egzekucje rozpoczęły się 5 kwietnia 1940 i trwały ponad miesiąc; w ciągu nocy rozstrzeliwano po kilkuset jeńców, liczba zabitych przekroczyła 6000.
[3] Wasilij Błochin wykonał osobiście co najmniej 15 000 egzekucji; awansowany do stopnia generała na emeryturze popełnił samobójstwo; jest pochowany na cmentarzu w Moskwie.
[4]  dzięki odważnej decyzji dziekana wydziału - prof. Wacława Sakwy (1918- 1992)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga